Andrzej Bieńkowski
NAGRODA MIESIĘCZNIKA NOWE KSIĄŻKI 2009
Książka: 296 stron, oprawa twarda, 20X25,5 cm
ISBN 978-83-60623-58-9
Ponad 300 fotografii, w tym 100 archiwalnych
Fotografie z badań: Andrzej i Małgorzata Bieńkowscy
Fotografie archiwalne pochodzą z Archiwum Muzyki Wiejskiej fundacji Muzyka Odnaleziona
Redakcja: Małgorzata Bieńkowska, Irena Janowska
Opracowanie graficzne: Lech Majewski Studio

© Wydawnictwo Muzyka Odnaleziona, Warszawa 2009
© Andrzej Bieńkowski 2009

Wydawca:
Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki

1000 kilometrów muzyki. Warszawa – Kijów

Nakład wyczerpany

Szykowna muzyka Jagna Knittel o książce
Gazeta Wyborcza, 2 lutego 2010

„Dawniej to był ciemny naród, ale zdrowy, bo mogli bez ustanku tańczyć obera za oberem, nienasyceni byli. Można było grać i grać, a nie mieli dość, aż ręce mdlały”
Te słowa jednego z wiejskich muzykantów zanotował Andrzej Bieńkowski w swojej nowej książce, efekcie etnograficznych podróży z ostatniej dekady. Tytułowe 1000 kilometrów to regiony Polski i Ukrainy, które zjeździł z kamerą: Radomskie, Lubelszczyzna, Roztocze i dalej – Polesie, Wołyń. Od Warszawy do Kijowa.

Bieńkowski – malarz, etnograf, pisarz, profesor warszawskiej ASP – od 30 lat jeździ do wiejskich skrzypków, harmonistów, śpiewaków, nagrywa ich muzykę. Kiedy zaczynał w latach 80. wielu z nich już od dawna nie miało w rękach instrumentu – od lat 60. tradycyjna muzyka wiejska traciła popularność, rację bytu i prestiż (a przecież kiedyś jak muzykant „budował stodołę, to nie musiał robić, tylko grał, inni robili, a wszystkim płacono po równo”). Namawiał ich do grania, bywało, że latami, woził ze sobą własne odrestaurowane skrzypce, basy, bębny, bo większość miejscowych instrumentów dawno gdzieś przepadła. Bywało, że słyszał: „Panie Andrzeju, nie ma już we wsi szykownych ludzi do mojej muzyki. Bracia pomarły, nie ma już bębnistów ani basistów. Zaśpiewać też nie ma kto, bo Szczurowa ładnie śpiewa, ale wstyd z nią jechać na występy, bo ma krzywe nogi”.

więcej Gazeta Wyborcza

Waldemar Kuligowski o książce
Nowe Książki 4/2010

Polska wieś jest miejscem mitycznym. Sielankowość pomieszkuje w niej razem z zaściankowością, a mądrości Reja z elektoratem Samoobrony. Wieśniak natomiast to nasze wstydliwe alter ego, nosiciel cech, jakich wypiera się europejska, nowoczesna i liberalna osobowość przeciętnego obywatela. Nieuchronnie dochodzę do takich wniosków, zastanawiając się nad tym, dlaczego w polskiej kulturze tak fatalnie postrzega się to, co ludowe. W większości krajów Europy regionalne – a zatem o ludowej proweniencji – tradycje są chlubną różnicą i dziedzictwem, jakie czci się nie tylko od święta. Ludu stroje, tańce, instrumenty, pieśni, potrawy, architektura niosą radość i są znakiem autoidentyfikacji wielu narodów. Ale nie u nas. Nad Wisłą – wiocha – jest synonimem, mówiąc idiomem młodej ulicy, obciachu; większość osób pochodzących ze wsi nie przyznaje się do tego w towarzystwie, deklarując, że mieszka w jakimś pobliskim swojemu prawdziwemu gniazdu mieście. Wieś najczęściej nie tylko wykluczona ekonomicznie i społecznie, ale także w wymiarze symbolicznym.

Na pewno nie bez winy jest polityka kulturalna PRL-u. Sojusz robotników i chłopów obrodził koniecznością zaproszenia wsi i jej mieszkańców na salony oraz kraszenia wszystkich państwowych świąt folklorystycznym maikiem. Centralnie wspierana kultura ludowa pośpiesznie wyrodniała, zamieniając się w swoją karykaturę. Terroryzowani corocznym konkursem Zalipianie malować zaczęli nie tylko, jak wcześniej, ściany domostw, ale także obory, budy dla psów i dziecięce wózki. Licencjonowani twórcy ludowi, normalnie używający maszyn do pisania, jurorom słali odręcznie pisane rymowanki. Skołowaceni częstotliwością i tematyką kolejnych konkursów rzeźbiarze przedstawiali Kopernika przy fortepianie, a Chopina z przyrządami astronomicznymi. Dzieła zebrana Oskara Kolberga uznano za źródłowy obraz kultury polskiego ludu, ostateczną instancję w rozstrzyganiu o tym, co jest ludowe i rodzime. Roztańczony do skretynienia świat kolbergowskiej wsi wydatnie wzmocnił jej rozpowszechniony stereotyp. Fakt, że ponad 80% treści regionalnych monografii Kolberga poświęcono zajęciom wesołym, związanym ze spędzaniem wolnego czasu, tak, jakby polski chłop w ogóle nie pracował, nie modlił się, nie cierpiał głodu, nie pił na umór i nie tłukł obcych sztachetami – został zignorowany. A autentyczna kultura wiejska umierała po cichu: im więcej było poświęconych jej muzeów i izb pamięci, tym jej choroba stawała się głębsza. Nawet dzisiaj nikt nie decyduje się na pochówek nieboszczki, gdyż wciąż można dzięki powoływaniu się na nią zdobyć niemałe fundusze, ciepłe synekurki, przychylność władz (nie tylko świeckich) i głosy elektoratu.

Andrzej Bieńkowski idzie pod prąd. A właściwie wadzi się z kilkoma prądami jednocześnie. Każe nam bowiem uwierzyć w piękno wsi, a zwłaszcza jej muzyki. Jeździ na zadupia i nagrywa grających starych ludzi o palcach powykręcanych reumatyzmem i ciężką pracą. Zachłannie archiwizuje śpiewy, których wstydzą się czasem sami śpiewający. Pije ciepłą wódkę na tylnym siedzeniu swojego samochodu z typami o urodzie kojarzącej się z nocnym koszmarem o masakrach Jakuba Szeli. Odgania się od wiejskich burków, przeczesuje grążące zawaleniem strychy, wysłuchuje dotkniętych ćmą niepamięci wspomnień. Poszukuje tam wyszydzonych artystów.

1000 kilometrów muzyki. Warszawa-Kijów napisano wbrew wielu muzykologom, których bardziej interesuje tradycja zabalsamowana na przykład olejami Kolberga, niż żywy stan kultury, często odbiegający od folklorystycznej sztampy. Praca ta powstała także na przekór licznym współczesnym włościanom, których nagrywana przez Bieńkowskiego muzyka drażni, żenuje i napawa wstydem, jest wszak taka „zacofana” w porównaniu do rytmów, jakie wygrywa się na weselach i zabawach wiejskich. Autor książki lokuje swoje fascynacje właśnie pomiędzy akademicką wizją muzycznych tradycji wsi a potocznym gustem, karmionym tyleż samo disco-polo, co planetarnym popem. Mówiąc inaczej, szuka między kurzem archiwów a medialnym szumem kolejnych mód. Terra incognita na wyciągnięcie ręki, „świat niezwykły, dający poczucie podróży w czasie, i czegoś, co przejmuje mnie najbardziej – naiwności sztuki, czyli sztuki nieświadomej własnej wielkości”.
Bieńkowski, sam artysta, malarz, od roku 1980 coraz bardziej systematycznie eksploruje transformacje wiejskiej muzyki Mazowsza. Odwiedza muzyków, zaprzyjaźnia się z nimi, namawia do gry w tradycyjnych składach. Nagrywa, opisuje, dokumentuje fotograficznie, zmienia nawet swoje malarstwo i zaczyna utrwalać na płótnie chłopskich wirtuozów. Pisze książki, doprowadza do edycji płyt z muzyką. W recenzowanej pracy poszerzył teren swoich poszukiwań, zagarniając przygraniczne strefy Ukrainy, w tym owianą ponurą sławą „zonę” czarnobylską. Wychodzi przy tym z nader słusznego założenia, że granica polityczna nie może stanowić granicy kulturowych przepływów i zapożyczeń, że musi istnieć jakaś muzyczna ciągłość między ludami, które sąsiadują ze sobą od stuleci.

Na poziomie tekstu książka ma formę „zeszytów etnograficznych” obejmujących lata 1999-2009. Kolejne wpisy opatrzone są datą, nazwą miejsca i podtytułem, np. „maj 2004. Ukraina, Polesie. Kondukt pogrzebowy”. Notatki są raczej krótkie, zwięzłe. Takie „donosy z rzeczywistości”, skupione na detalach, idące tropem wrażliwości Białoszewskiego. Ich struktura musi być powtarzalna: przyjazd do kolejnej wsi, poszukiwanie konkretnej osoby albo rozpytywanie „w ciemno” o muzyków, odwiedziny w domach, rozmowy. W kilku zdaniach zawarte całe życiorysy, nierzadko poruszające. Negocjacje z żonami, które niechętnie godzą się, by mężczyźni wracali do muzyki – choćby na moment, na potrzeby jednego nagrania – bo to wywołuje najgorsze na wsi demony: alkohol, rozpustę, a nawet diabła, bo dobry muzyk, jak wiadomo, musi mieć z nim konszachty. Pełno w tych opisach krzywych płotów, psów na łańcuchach, nalanych twarzy pod lokalnym sklepem, wrót stajennych, zakamarków obór, starych wdów, bimbru. W wielu wsiach miejscowi lękliwie opowiadają o lokalnych Żydach i tym, jak chłopcy z sąsiedztwa mordowali ich w czasie II wojny kijami. A czasem, z narażeniem życia, ratowali. To wciąż wyparta pamięć zbiorowej duszy Polaków.
Edytor tekstu postanowił zróżnicować go rozmaitymi czcionkami, ale ten zabieg chyba nie podniósł jakości książki, bo jest zbyt nachalny, tchnie banalnością. Ogromnym za to walorem są fotografie zdobiące każdą z niemal trzysta stron. Kolorowe, wykonane przez autora lub towarzyszącą w wyprawach żonę, bądź archiwalne, zebrane wśród ludzi, pokazujące świat muzyków sprzed nawet siedemdziesięciu lat. Co ciekawe, na tych czarno-białych zdjęciach niektóre wiejskie kapele wyglądają jak „wypisz, wymaluj” orkiestry weselno-pogrzebowe z barokowo-bałkańskich filmów Emira Kusturicy. Do wydawnictwa dołączono także płytę z wyborem nagrań opisywanych muzyków. Przestrzegam od razu, że nie jest łatwe piękno tej muzyki, a wzruszenia odbiegają od standardowych.

Bieńkowski rozmontowuje nasze wyobrażenie wiejskiej muzyki. To może być wielka sztuka, a jej twórcy są wirtuozami. Najwyżej ceniono tych, którzy potrafili „ozdabiać mazurki”, czyli rubatować, jednocześnie rygorystycznie pilnując rytmu. Bo była to muzyka do tańca, nieraz wielogodzinnego, doprowadzającego tańczących do euforii, swoistego transu. Czy mieliśmy świadomość istnienia mazowieckich derwiszów? Czy znojna praca autora zmieni nasz stosunek do tradycji ludowych? – Widzę pewną prawidłowość – zauważa fatalistycznie sam Bieńkowski – im bardziej propaganda jest narodowo-katolicka, tym trudniej zaakceptować młodemu pokoleniu tę muzykę. To rodzaj obrony naszych młodych europejskich obywateli przed wtłoczeniem w zaściankowy regionalizm. Myślę, że autorowi bliskie byłyby słowa Gombrowicza: „Nie traćcie czasu na pościg za Europą. Nie próbujcie stać się polskimi Matisseami” z braków waszych nie urodzi się Braque” Dziś atuty są po waszej stronie, wasze powoli zaczyna być na wierzchu: to, co dotychczas było waszym wstydem, może być wprowadzone w Europie, jako punkt wyjściowy zbawiennej rewizji. 1000 kilometrów muzyki to ważna książka, przedstawiająca ukryty wymiar naszej kultury narodowej.

napisz do nas

Not readable? Change text. captcha txt